PLO II - Logo szkołyPLO II - Logo szkoły 2
 
Danie do myślenia, czyli Hity Humanistów z „H”
Panie i Panowie :)
Dwójkowi humaniści mają zaszczyt przedstawić Wam małe „conieco” – dla każdego! – które być może okaże się ratunkiem w przypadku nudy, braku pomysłów na tak zwany „międzyczas”, a nawet ostatnią deską w przypadku nieprzeczytanej lektury. Chcemy w prosty sposób zapoznać Was z najnowszymi prądami w sztuce, literaturze i kulturze. Oto miejsce, gdzie w paru zdaniach opowiemy Wam o książkach, które warto przeczytać, filmach, które warto obejrzeć, zdjęciach, które warto zobaczyć, muzyce, której warto posłuchać…
Zbrodnia w sztuce II
„Zbrodnia w sztuce” - wystawa w MOCAK-u – kultowym muzeum sztuki współczesnej w Krakowie
„Zbrodnia w sztuce” to inscenizacja artystycznego spojrzenia na ciemną stronę ludzkiej codzienności. Wprowadza w stan niepewności, uświadamiając, jak bezradnym się staje człowiek w obliczu przestępstwa, niezależnie od tego, czy jest on sprawcą, czy też jego ofiarą. Seria kilku zdjęć autorstwa Mac Adamsa w niekonwencjonalny sposób pokazała zbrodnię… wcale jej nie pokazując. Zestawienie obok siebie pary fotografii miały za zadanie podziałać na wyobraźnię widza, który domyślał się, w jaki sposób potoczyły się „nie przedstawione” wydarzenia. "Przesłuchanie" Ignasa Krungleviciusa to doskonały przykład rozmowy toczącej się między policjantem a potencjalnym przestępcą. Obaj próbują pokierować swoim rozmówcą w ten sposób, by wynieść z tego jak najwięcej korzyści. W tej walce wyraźne jest to, kto posiada przewagę. Minimalistyczne wykonanie potęguje intensywne emocje obserwatora. Inscenizacja ma kontrowersyjny charakter i obejmuje nie tylko dzieła konwencjonalne (np. fotografie), ale i instalacje, w których wykorzystano np. ready mades, rozgrzane, parujące płyty, głosy, muzykę, przedmioty zużyte, kolaże, autentyczne listy więźniów. Wrażenie robiła instalacja Doroty Nieznalskiej pt „Gwałt” i dzieła (?!) bazujące na naturalizmie i turpizmie.
A.W.
Wystawa
Wystawa: „Stanley Kubrick”
Wystawa: „Stanley Kubrick” zawitała do Polski i od 4 maja do 14 września roku bieżącego można obejrzeć ją w Muzeum Narodowym w Krakowie. Nie jest ona jednak choćby minimalnie oklepana czy banalna w swej formule, jak liczne inne ekspozycje, których odwiedzanie bywa dla młodzieży na wycieczkach klasowych przykrym obowiązkiem. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się twórczością amerykańskiego reżysera filmów dokumentalnych i fabularnych lub zwyczajnie go nie zna, to wystawa w Krakowie i tak będzie dla takiej osoby zaskakująca. Zawiera informacje o praktycznie wszystkich dziełach Stanleya Kubricka: począwszy od krótkometrażowego „Dnia walki”, na skandalizujących „Oczach szeroko zamkniętych” skończywszy. Na największą uwagę zasługuje niewątpliwie forma wystawy: nie stanowi ona schematycznego i ściśle wytyczonego labiryntu. Zwiedzający może samodzielnie zdecydować, którą drogą pójdzie – przykładowo może zacząć zarówno od filmu „Lolita” z 1962, jak i „Lśnienia”, starszego niemal o dwie dekady. Każdemu dziełu Kubricka towarzyszą rozmaite eksponaty (modele, stroje, rekwizyty, znalazło się miejsce nawet na miniaturę labiryntu z „Lśnienia” oraz interaktywne ciekawostki) oraz fragmenty filmów dokumentalnych – zawierają one m.in. wywiady z ekipami filmowymi czy też niektóre sceny, np. końcową akcję żołnierzy w „Full Metal Jacket”. Całość dopełnia ilustrowana biografia Kubricka, wyświetlana tuż przy wejściu oraz olbrzymi krąg w centrum sali, gdzie można zobaczyć wiele sekwencji z dowolnie wybranego filmu mistrza. Za odwiedzeniem wystawy przemawia dodatkowo dosyć atrakcyjna cena biletu. Jeśli kwestia ciągłego niezdobywania Nagrody Akademii Filmowej przez Leonardo DiCaprio lub spór „filozoficzny” na temat: „Czy Jack był jednak w stanie zmieścić się na tych pływających drzwiach?”, są dla Ciebie mało interesujące i szukasz powiewu świeżości, to wystawa Kubricka stanowi doskonałą opcję. Jeśli natomiast ciągle żyjesz tymi problemami, to może warto zmienić nawyk; trafiła się bowiem ku temu znakomita okazja.
T.K.
Zbrodnia w sztuce
Szukasz pomysłu na zbrodnię doskonałą?
Krakowski MOCAK prezentuje właśnie wystawę dotyczącą zbrodni w sztuce. Może stać się ona dla Ciebie inspiracją. Znakomita większość prezentowanych dzieł powstała w XX lub XXI wieku. Sztuka współczesna, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami. Można więc zobaczyć narzędzia zbrodni – noże, sierpy, tasaki (ruchome i odpowiednio przetworzone, by nikt nie miał wątpliwości, że pełnią role rzeźb), zdjęcia prezentują potencjalne miejsca przestępstw. Na jednej ze ścian powiewają flagi z podobiznami mistrzów w swoim fachu – mordu i innych zbrodni. – czy to jest krytyka zbrodni, czy rozrachunek z kulturą, która nawet zbrodniarzy uznaje za ikony?

Być może dla przestrogi prezentowane jest także przetworzone krzesło elektryczne czy naturalnych rozmiarów cela więzienna jednego z groźnych przestępców, w której oczekiwał wyroku śmierci, wykonana przez artystkę ze sznurka i kolorowej włóczki.

Wystawione dzieła balansują na granicy dobrego smaku i poszanowania śmierci, a zabawy i zafascynowania światem przestępczym. Wystawa nieobowiązkowa i absolutnie nie dla wszystkich.
G.U.
Szuflada Szymborskiej
Dla entuzjastów i przeciwników, znawców i amatorów. Wśród mnóstwa szuflad, pudełek, gablotek i schowków jest co odkrywać. Dwa pokoje Kamienicy Szołayskich zajmują wyklejanki, widokówki, zabawne zdjęcia, rękopisy, kiczowate bibeloty (jak świnia – pozytywka, grająca po nakręceniu ogona), komoda z 36 szufladami i wiele innych prywatnych rzeczy Wisławy Szymborskiej, a wszystko to dopełnione cytatami z jej twórczości. Można też usłyszeć głos poetki, czytającej swoje wiersze. Urocze, dowcipne i z klasą. Tym, którzy do tej pory nie widzieli, radzę się pospieszyć – wystawa czynna będzie do grudnia 2014.
K.P.
Seven Festival
Seven Festival – informacje wstępne
Od 10 do 13 lipca roku bieżącego w Węgorzewie (znajduje się niedaleko granicy z Rosją) odbywa się festiwal rockowo-metalowy, w którym uczestniczyć będą ludzie z całej Polski, a nawet zagranicy. Bilety są szybko sprzedawane, a ich cena stale rośnie – nie codziennie przecież można w naszym kraju doświadczyć nieco cięższych brzmień (Metalfest nie odbywa się w tym roku, koncerty metalowych zespołów zagranicznych związane są z pojedynczymi wykonawcami i supportem). Już pierwszego dnia (11 lipca) pojawi się Napalm Death – legenda brytyjskiego grindcore’u i karkołomnego death metalu. Ponieważ jednak organizatorzy nie chcą już pierwszego dnia niszczyć odbiorców barierą rwanych riffów i growlu, występują także m.in. odjazdowa Luxtorpeda, nastrojowy Happysad i bezkompromisowa kapela punkowa The Analogs (która parę miesięcy temu zagrała ciekawy koncert w Opolu). 12 lipca widzów zaszczycą: „kultowy” Kazik Na Żywo, Lady Pank wraz z orkiestrą symfoniczną, oraz Epica - pełna agresji, ale również subtelnego piękna. Ostatni dzień festiwalu stoi pod znakiem hardcore’owych odmian metalu – wystąpią: Decapitated (polski zespół, wirtuozersko wykonuje techniczny death metal), Blindead i Arch Enemy. Na ten ostatni zespół miłośnicy ciężkich brzmień czekają chyba najbardziej. Niewątpliwie warto przeanalizować stan swoich funduszy, gdyż oprócz walorów muzycznych można doświadczyć zjawiskowej scenerii, która jest typowa dla regionów północnej Polski. Uczestnicy mają do dyspozycji pole namiotowe oraz sporą bazę schronisk i pensjonatów, dlatego też nie ma powodów do zastanawiania się – serdecznie zachęcam do wizyty w tym niezwykłym regionie. Relacja z festiwalu pojawi się już wkrótce.
T.K.
Łagodna
„Łagodna“, czyli studium kata i ofiary
Twarz mężczyzny, na której widoczna jest bezgraniczna i niemal szaleńcza radość oraz kobieta obsypywana przez niego pocałunkami, siedząca nieruchomo... To brzmi jak dobry początek filmu o miłości. Wszystko wydaje się w porządku, dopóki nie zostaje ukazane oblicze aktorki. Tak rozpoczyna się historia przedstawiona w filmie „Łagodna” w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Warto tu wspomnieć, że to nie jedyna ekranizacja opowiadania Fiodora Dostojewskiego. Pierwszy dokonał tego Francuz Robert Bresson w 1969, następny był Piotr Dumała w 1985, który „Łagodną” przedstawił w krótkim dziesięciominutowym filmie animowanym. Mimo wcześniejszych ekranizacji, ta o której tutaj mowa, miała miejsce w 1995 wzbudziła zachwyt w widzach.

Na sukces filmu złożyło się kilka rzeczy, takich jak świetne dopasowanie aktorów do ról. Na ekranie możemy zobaczyć kilka znanych postaci, między innymi Janusza Gajosa w roli męża, Dominikę Ostałowską w roli żony, Danutę Stenkę w roli służącej. Reżyser skupił się na twarzach postaci, dlatego ważną funkcję w filmie pełniło światło, które doskonale współpracowało z wstrzemięźliwą, aczkolwiek urzekającą scenografią. Uwaga widza skupiła się na odczytywaniu emocji z gestów i spojrzeń aktorów, co było niemal mistrzowskim posunięciem. Nie można tutaj zapomnieć o muzyce skomponowanej przez Briana Locka, która dopełniała sugestywne obrazy. Historia w „Łagodnej” ukazana jest w klamrze, które tworzą dwie identyczne sceny. Przedstawiają one lichwiarza klęczącego przed swoją żoną, która w następnej scenie jest martwa. Cały film opiera się na retrospekcjach ukazujących wspomnienia owego mężczyzny. Mimo tego, że jest tyranem wobec ludzi, czerpie zyski z cudzego nieszczęścia, wzbudza w nas pewne współczucie.

Film jest doskonały dla osób, które chcą zobaczyć „coś innego”, odbiegającego od atrakcyjnej akcji, do której przyzwyczajają nas współczesne media. „Łagodna” ukazuje nam dramat nie tylko kobiety, która popełnia samobójstwo, ale także jej męża tyrana, który upokarzając żonę, kochał ją. Oczywiście nie była to miłość piękna, lichwiarz uwielbiał znęcać się psychicznie nad tytułową łagodną i dominować w każdej sferze jej życia. Myślę, że warto poświęcić w ciągu wakacji tych kilkadziesiąt minut, by zetknąć się z historią kata i ofiary, którą opisał Dostojewski, a przeniósł na ekran Treliński. Z pewnością nie będzie to czas stracony.
D.S.
Kubrick
Stanley Kubrick.
Tylko tyle.
Stanley Kubrick. Nieco egzotycznie brzmiące imię i nazwisko. Tylko tyle i aż tyle usłyszałam na którejś z kolei lekcji języka polskiego. Początkowo wyleciało mi z głowy. Zapewne dlatego, że nie mam pamięci do nazwisk. Tak samo jak do twarzy. Usłyszałam je po raz kolejny, kiedy ustalaliśmy szczegóły wycieczki do Krakowa. Tym razem bardziej zainteresowałam się owym panem. Trudno nie interesować się człowiekiem, na którego temat trzeba przygotować lekcję. Tak zaczęła się moja przygoda z jednym z najlepszych amerykańskich reżyserów.

Specjalnie nie rwałam się do przygotowania referatu, wynikało to ze zwyczajnego, prozaicznego lenistwa. Jednak kiedy już zebrałam się w sobie, by wyszukać w internecie informacje na temat tego człowieka, wpadłam w wir fascynujących zagadnień i ciekawostek. Z jednej strony nie mogłam wyjść z podziwu dla jego skrupulatności, wręcz chorobliwego pedantyzmu w stosunku do sztuki filmowej, a z drugiej pewną niechęcią napawał mnie jego stosunek do innych ludzi, do współpracowników oraz bliskich. Przykład tego filmowego geniusza skłonił mnie do pewnej refleksji, w jaki sposób osobiste postrzeganie świata i wszelkie doświadczenia z życia, a także problemy i odmienności, wpływają na to, co robimy.

Filmy robił genialne, w dosłownym tego słowa znaczeniu, tego nie da się zaprzeczyć. I żaden inny przymiotnik w naszym języku nie może określić doskonałości jego dzieł. Wielokrotnie powtarzane, nawet najbrutalniejsze sceny, eksperymenty ze sprzętem (jako pierwszy i póki jedyny użył obiektywu szerokokątnego w pomieszczeniu) oraz dbałość o najmniejsze szczegóły nie pojawiły się nigdy w takim stopniu u żadnego z mistrzów kina. Ale poza dokładnością w tworzeniu celował także w ekscentryźmie oraz nieprzystosowaniu społecznym. Jego skrupulatnośc niejednokrotnie doprowadzała współpracowników do problemów psychicznych. Niezwykle krytyczny wobec świata, zapominał o swojej osobie. Nie dbał o swój wizerunek, ani o podstawowe zasady savoir-vivre'u, a w przerwach między produkcjami dosłownie zamykał się w domu i odcinał się od innych ludzi, pracując nad kolejnym genialnym scenariuszem. Dopiero trzecia żona była w stanie choć odrobinę go poskromić. Przeżyli razem 40 lat. To właśnie Christiane Kubrick udostepniła materiały Stanleya, wyraziła zgodę na stworzenie wystawy oraz osobiście ją otworzyła.

Wszystkie te wiadomości były niezwykłe. Mimo moich własnych zastrzeżeń względem postępowania Kubricka nie mogłam powstrzymać się od dłuższego wykładu na jego temat. O takich ludziach po prostu nie sposób mówić krótko, suchymi faktami. Tutaj potrzeba pasji i namiastki szaleństwa, by zobrazować motywy takiego artysty, jak on. Udało mi się zainteresować jego osobą kolegów z klasy, co uznałam za swój mały sukces, bo nic tak nie cieszy, jak dzielenie się swoją pasją z innymi. Wszystkie te historie i angedoty na temat Kubricka oraz, a w zasadzie zwłaszcza jego filmów, były bardzo interesujące, ale dopiero sama wystawa zaparła mi dech w piersiach. Wierzę, że nie tylko mi.

Kiedy weszłam, wraz z innymi, do muzeum i przy wejściu na salę z ekspozycją zobaczyłam krzesło reżyserskie z nazwiskiem „Kubrick”, poczułam się jak w zupełnie innym świecie. Od samego progu wita nas krótka nota biograficzna, jednak ściśle odnosząca się do życia zawodowego Kubricka (żona reżysera wyraziła bowiem sprzeciw wobec przedstawiania szczegółów z życia jej męża). Na ścianach wewnątrz również można znaleźć aforyzmy autorstwa mistrza. Cała wystawa podzielona została na kolejne etapy pracy i rozwoju twórcy. Na samym początku zgromadzono pierwsze fotografie z czasów, gdy Kubrick, jeszcze jako licealista pracował na stanowisku fotoreportera dla magazynu „Look”. Dalsze przystanki poświęcone były jego filmom. Ekspozycja była na tyle dokładna, że poza zdjeciami z planu, mogliśmy podziwiać przedruki korenspondencji Kubricka z producentami, konsultantami i wszystkimi ludźmi, którzy mieli wkład w tworzenie konkretnej produkcji, fiszki poświęcone zagadnieniom z danego filmu (szczególnie obszerną kolekcję zgromadził na potrzeby filmu „Napoleon”, którego jednak nigdy nie nakręcił). W gablotach pozostawiono także oryginały scenariuszy, z notatkami, książki z uwagami reżysera, scenopisy a nawet rekwizyty, którymi posługiwano się na planie. Do każdej produkcji dołączono także film dokumentalny, traktujący o procesie powstawania. Dzięki multimedialnemu wymiarowi ekspozycji można było usłyszeć charakterystyczną muzykę z niektórych filmów oraz naścienne projekcje podkreślające charakter filmu (w dziale poświęconym filmowi „Lśnienie” słychać było muzykę, a na ścianie wyświetlano nałożone na siebie dwa ujęcia, w których dominował fragment z odbiciem piłki o ścianę). Jedno pomieszczenie w całości poświęcono dokumentowi na temat muzyki w filmach Kubricka. Przedstawiono schemat, jakim posługiwał się autor w swoich filmach oraz wpływ muzyki na odbiór obrazu.

Chodząc między kolejnymi eksponatami chłonęłam, coraz bardziej specyficzny klimat tego miejsca. Przeglądając dokładne fiszki, czułam jak „wchodzę” w psychikę Kubricka. To uczucie nie do opisania, kiedy zwiedzający zaczyna rozumieć motywy takiego geniusza, pojmuje, jakie znaczenie miały dla niego filmy i popada w odrobinę szaleństwa, zgodnie z klimatem wystawy. Gdzieś pomiędzy rekwizytami, zdjęciami a sprzętem dało się wyczuć obecność Kubricka, jego ducha, jakby czaił się w każdej części najmniejszego eksponatu, między kolejnymi kartkami książek, z których czerpał inspiracje, i stron swoich scenariuszy. W pewnym momencie, aż chiałoby się zacząć dialog z samym Stanleyem Kubrickiem, jakby stał tuż obok. Chciałoby się wyrazić swój zachwyt oraz sopytać o kilka szczegółów. Będąc na tej wystawie, wchodzi się w zupełnie inną rzeczywistość. W kinematografię, lecz od kuchni, zupełnie inaczej, niż gdy ogląda się już gotowe filmy. W każdej skreślonej literze daje się poczuć pasję tworzenia doskonałych obrazów. Tutaj dopiero widać, że kino to nie tylko czerwone dywany i uśmiechający się do obiektywów aktorzy, lecz prawdziwa dziedzina sztuki. Szalenie trudniej sztuki, wymagającej od twórców największych poświęceń i pewnej dozy szaleństwa, ponieważ, zgodnie z myślą mojego nauczyciela – też artysty, uważam że „Artyści nie mogą być normalni, bo wtedy nie byliby artystami.”

Jedynym rąbkiem prywatności Kubricka były trzy obrazy autorstwa Christiane Kubrick. Portrety reżysera. Ukazywały one, jak bardzo reżyser pochłonięty był pracą nad scenariuszami i jak głęboko pogrążał się w świecie filmu.

Wystawa doskonale pokazuje proces tworzenia filmów Kubricka, jego skrupulatność i pedantyzm. Całość dopełniają oryginalne rekwizyty. Dopiero to, co zobaczyłam w muzeum dało mi prawdziwy obraz wielkości tego człowieka. Wszystkie opisy na jego temat mogą być fascynujące, jednak prawdziwie interesujące są same notatki, scenopisy i zdjęcia. To w nich ukrył się prawdziwy Kubrick i wychyla się z nich za każdym razem, kiedy na nie spoglądamy. I pomimo jego braku taktu i poszanowania wobec drugiego człowieka, nie mogę wyjść z podziwu nad jego osobą, która jako reżyser była wręcz doskonała. Jego praca spełniała każdy, nawet najbardziej wygórowany wymóg, zarówno producentów jak i wymagającej publiczności. Osobiście szczerze nie znoszę niedociągnięć montażu, gdy w jednym ujęciu bohater trzyma puszkę Coca-Coli, a w drugim zaś Pepsi. Dla mnie wszelkie niedociągnięcia to duża strata dla obrazu. Między innymi dlatego właśnie Kubrick szybko stał się jednym z moich ulubionych i bezapelacyjnie najbardziej interesującym reżyserem.

Wystawę polecam każdemu, kto choć odrobinę interesuje się filmem, bądź jakąkolwiek dziedziną sztuki, lub po prostu lubi studiować ludzką psychikę. Pomiędzy ścianami działowymi ekspozycji można znaleźć wiele interesujących szczegółów dotyczących samej sztuki jak i sposobu myślenia i postrzegania świata przez Kubricka. Ta wystawa to coś, co każdy powinien zobaczyć, by na nowo docenić wartość filmu i przewartościować swój system oceny obrazów. Po obejrzeniu choćby jednej produkcji tego człowieka, trudno będzie zadowolić się byle jaką hollywoodzką produkcją, być może twórczość tego reżysera wpłynie na nasz gust na tyle, byśmy mogli docierać do coraz to ciekawszych i bardziej wartościowych produkcji, także kina niezależnego, które w obecnych czasach często prezentuje dużo wyższy poziom, niż to, co serwują nam media i multipleksy.
Michalina Skrzypek, klasa I H
„Zbrodnia i kara” Piotra Dumały
„Zbrodnia i kara” to dość nietypowa adaptacja dzieła Fiodora Dostojewskiego - pochodzący z Warszawy Piotr Dumała stworzył krótkometrażowy film animowany. Rysunki wykonane zostały na płytach gipsowych. Pozwoliło to na płynne przechodzenie jednego obrazu filmowego w drugi, a także uzyskiwanie faktur zbliżonych do malarstwa olejnego. Fabuła nie obejmuje wszystkich lub choćby większości wątków powieści – skupia się na wewnętrznych przeżyciach Rodiona Romanowicza Raskolnikowa przed i po popełnieniu zbrodni – zabicia lichwiarki. Występuje tu raptem kilka postaci – główny bohater powieści Dostojewskiego, nieuczciwa starucha, Sonia oraz tajemniczy starzec – prawdopodobnie Swidrygajłow. Kompozycja filmu jest dość chaotyczna i w dużej mierze niechronologiczna. Nie występują dialogi, jednak całość dopełniają rozmaite dźwięki (najczęściej niepokojące) oraz melancholijna muzyka (skrzypce i instrumenty klawiszowe). Największą zaletę filmu stanowi według mnie wizualizacja – Petersburg zostaje przedstawiony jako miasto mroczne, duszne (nawet jeszcze bardziej niż w powieści). Wyczuwalna jest wilgoć, zgnilizna; kolorystyka doskonale podkreśla wstręt, jaki budzi metropolia. Sporą atrakcją jest także rozbudowany symbolizm – niemal każdy element ma jakieś znaczenie. „Zbrodnia i kara” Piotra Dumały to także znakomity obraz psychiki jednostki, która zostaje stłamszona przez otoczenie i realia. Niewątpliwie warto poświęcić pół godziny temu dziełu.
T.K.
Dług
Cichy wieczór sam na sam z komputerem? Znajomi śpią, a może spędzają czas nad podręcznikami…?! Cichy, nudny wieczór…? Taki moment jest idealny na film! Ale – uwaga – to nie może być byle jaki film. Skoro przynajmniej niektórzy jeszcze pozostają w klimatach Dostojewskiego, to propozycją numer 1 jest „Dług” w reżyserii Krzysztofa Krauze. Jest to film sprzed lat polskiej produkcji z mało znanymi wówczas aktorami – m.in. Andrzejem Chyrą (w roli gangstera) i Robertem Gonerą (w roli jednego z przyjaciół). Oparty na faktach, przedstawia tragedię młodych inteligentów, którzy w wolnej już Polsce chcą rozwinąć własny biznes. Widać jednak dramat „pionierów kapitalizmu”, bo pojawia się gangster – na marginesie, były znajomy jednego z głównych bohaterów – i zaczyna się prawdziwa gra – z początku tylko o duże pieniądze, później także o życie ofiar szantaży, a nawet ich rodzin… Aż wreszcie – dla wtajemniczonych: punkt styczny ze „Zbrodnią i karą” – młodzi przyjaciele przekraczają prawo do obrony własnej. Przez cały film jednak sympatia widzów pozostaje po stronie tychże właśnie dwóch głównych bohaterów/antybohaterów. Doskonały film kryminalny, który udowadnia, jak niewiele zmienia się świat, kiedy pieniądze zaczynają być problemem… Zmieniają się tylko środki, cel niestety pozostaje i nie zawsze dotyka ludzi gotowych na taki dramat. Zresztą, czy kogokolwiek można nazwać gotowym na „stanie się ofiarą gangstera”?
H.K.
Mistrz i Małgorzata
Recenzja spektaklu „Mistrz i Małgorzata”
we wrocławskim Teatrze Muzycznym Capitol
Królowa jest zachwycona!
(Michaił Bułhakow, „Mistrz i Małgorzata”)
W kwietniu bieżącego roku publiczność spektaklu „Mistrz i Małgorzata” przekroczyła liczbę dwudziestu pięciu tysięcy widzów (informacja z oficjalnej strony teatru Capitol). Ilość ta nie będzie jednak zaskoczeniem dla nikogo, kto miał okazję obejrzeć ową sztukę, podobnie jak nie zdziwi go fakt, iż bilety należy rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a kolejne przedstawienia cieszą się stuprocentową frekwencją. Nowa, słowno-muzyczna aranżacja powieści Michaiła Bułhakowa jest bowiem po mistrzowsku podaną prawdziwą ucztą dla oka i ucha. Na deskach wrocławskiego Teatru Muzycznego „Capitol” nowoczesna technologia spotyka się z pomysłami rodem z broadwayowskiego musicalu a ponadczasowy humor rosyjskiego prozaika uzupełniany jest przez pełną pasji grę aktorską (szczególnie zachwycają choćby monologi Wolanda czy akrobacje Behemota i harce diabelskiej świty) oraz niezwykłą oprawę muzyczną (pieśni Małgorzaty czy śpiew Friedy na długo pozostają w pamięci) i efektowne, dynamiczne przerywniki taneczne. Wszystko to sprawia, że chociaż spektakl trwa ponad dwieście minut, akcja jest wartka i nie sposób się na nim nudzić – wręcz przeciwnie, po opadnięciu kurtyny widz niemal ze smutkiem wraca do rzeczywistości, niechętnie żegna się z niesamowitym widowiskiem, w którym muzyka, taniec, literatura i teatr przenikają się wzajemnie, niosąc z sobą bogactwo wrażeń nie ustępujące nawet atmosferze szatańskiego balu. Satryra na porewolucyjną Moskwę splata się genialnie z refleksyjnymi wątkami metafizycznymi i fantastykę o plebejsko-groteskowym rodowodzie. Jednym słowem – kultowa powieść Bułhakowa doczekała się legendarnej inscenizacji...
Gorąco polecam,
Ania, absolwentka klasy H
Whiskey, kobiety i śpiew, czyli Sinatra z kolegami
Na początku czerwca dyplomaci z pierwszej klasy wybrali się na wycieczkę do Wrocławia, aby liznąć trochę kultury. Zdecydowaliśmy się na Muzeum Sztuki Współczesnej i Capitol-najlepszy teatr muzyczny w Polsce. Pierwotny plan zakładał pójście na genialny spektakl pt. „Mistrz i Małgorzata” na podstawie książki Michaiła Bułhakowa, jednak z powodu brak miejsc zdecydowaliśmy się na „Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami”.

Przedstawienie to nie należy do typowych – motywem przewodnim jest występ tychże bohaterów z opery w St. Louis z 65'. Na początku konferansjer tłumaczy widowni, że jest duchem Johnny'ego Carsona i oprowadzi nas po koncercie Franka Sinatry, Sammy'ego Davisa Jr. i Deana Martina. Jako pierwszy na scenie pojawił się Dean, którego rolę zagrał Maciej Maciejewski. Ze szklanką whiskey i papierosem w ręku nadal potrafił zaczarować publikę i sprawić, że wszystkie damy na sali pragnęły, aby śpiewał tylko dla nich. Oczywiście, Martin świadomy swego uroku potykał się po scenie i zbierał rozmarzone uśmiechy, dopóki nie zastąpił go Sammy Davis Jr., czyli mały wulkan energii. Duch Carsona rzucił kilka anegdot na temat jedynego czarnoskórego członka Rat Pack, a Sammy jeszcze dorzucał, że nawet jeśli przeszedł na judaizm, to nikomu nie stanie się krzywda. Piosenki śpiewane przez Davisa Jr. Były szybkie, rytmiczne i głośne, aż nogi widzów same rwały się do tańca., ale to nie one były najlepsze w tej części występu. Największe wrażenie robiła parodia Louisa Armstronga. Tutaj trzeba podkreślić, że głosy Sammy'ego i Louisa są zupełnie różne, a Konrad Imiela genialnie zaśpiewał fragment „What a wonderful world”.

Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, wszyscy na sali czekali na wejście „boga” tamtych czasów. Skoro Dean Martin był świetny, Sammy jeszcze lepszy, to kto zagrał Sinatrę? I tu niestety czuję się zawiedziona. Tak jak poprzedni aktorzy byli świetni w swoich rolach, tak pan Błażej Wójcik nie spełnił moich oczekiwań względem swojej roli. Po pierwsze, ani to nie był ten głos, za który Sinatrę kochają, ani ta charyzma. Momentami Frank wyglądał, jakby się zgubił na scenie, albo jakby był tam przypadkiem. Nie wiem, czy aktor chciał pokazać to, że Sinatra faktycznie był trochę inny od swoich przyjaciół, czy po prostu miał gorszy dzień, ale zdecydowanie nie podobał mi się jego występ. Nie ratował go nawet duet z aktorką-Violettą Villas, która fenomenalnie uchwyciła wszystkie charakterystyczne dla piosenkarki gesty. Nawet na pożegnanie „całowała nas prosto w serce”. Kolejną wpadką w sztuce było przetłumaczenie tekstu piosenek na polski. „Mambo Italiano”, „Everybody loves somebody”, czy „Fly me to the moon” nie brzmią już tak dobrze po zmianie języka.

Jednak mimo kiepskiego Sinatry spektakl naprawdę był warty obejrzenia. Przede wszystkim oglądając widowisko tego rodzaju, można się świetnie bawić, a znając piosenki, czasem nawet coś zanucić. Piękne kreacje, zabawne żarty i specyficzna przyjaźń między członkami Rat Pack oraz świetne wykonania piosenek zapisały się w mojej pamięci zdecydowanie pozytywnie.
Created by Anonymous © 1997 - 2013 r.